„Dzień z życia… Małgorzaty Falkowskiej” #1

Rozpoczynamy dziś nowy, comiesięczny cykl na blogu! 🙂

Cykl ten to „Dzień z życia…” osób, które dostarczają nam niezwykłych emocji poprzez swoje książki 🙂
Jako pierwsza swoją kartkę z pamiętnika odkryła przed nami Małgorzata Falkowska, która właśnie debiutuje swoją powieścią „Mąż potrzebny na już”!
Jak wygląda dzień Małgosi? Sprawdźce sami! 🙂 


Dzień z życia
6 sierpnia 2016 roku – sobota

            Kocham lipcowe i sierpniowe weekendy. Nie, nie dlatego, że nie lubię mojej pracy na uczelni, ale dlatego, że jestem strasznym śpiochem i tylko wtedy mogę swobodnie spać do dziewiątej. Dziś miało być podobnie…właśnie miało, a nie było. Godzina 6:43 – znajomy dźwięk dociera do moich uszu. Chwytam telefon, lecz to nie on. „Cholera, służbowy” dotarło do mnie i już zaczęłam przeszukiwać torebkę. Tak, damska torebka to istny skarbie J Między zeszytami, szczoteczką do zębów (co ona tu robi?), perfumami, błyszczykami i innymi przydatnościami, mignęło mi małe światełko.

– Tak słucham? –  zaspana Gośka, gada gorzej niż po wyrwaniu zębów u dentysty.

– Cześć piękna, co słychać? – pada pytanie od Podopiecznego (i jak tu nie kochać swojej pracy :)).

– Śpię!

– Oj Gosia, Gosia popraw się…jak możesz spać, jak ze mną rozmawiasz – no nie, żeby mnie przyłapać na takiej niezgodności.

            Myślę, jak z tego wybrnąć więc postanawiam zadać jedyne z pytań, jakie przychodzi mi do głowy:

– A Ty jeszcze idziesz czy już jedziesz?

            Cisza po drugiej stronie, zwiastuje moje małe zwycięstwo. „Wiedziałam” triumfowałam w myślach.

– Jadę, bo te leki na mnie źle działają. Musze kończyć Gosia – mówię szybkie Pa i tyle.

            Kocham moich Podopiecznych. Piesza Pielgrzymka do Częstochowy i jazda już od znaku, że Toruń się skończył. I tak, co roku 🙂

            Kładę się dalej spać. Kręcę, wiercę i kapituluję. Nie mogę zasnąć więc wstaję. Zdecydowanie za szybko, jak na mnie. „Mam dwie godziny więcej więc i więcej zrobię” myślę i tworzę w głowie plan na dziś.

  1. Sprzątanie (ot czasem można być dobrą żoną i posprzątać szybciej niż mąż)
  2. Zakupy
  3. Pranie (ponoć pralka pierze, a ja się tym męczę, jakbym sama rękoma machała)
  4. Pisanie
  5. Obiad
  6. Pisanie

Ambitne i nawet realne. Wstaję, aby realizować plan i zaczynam…od sprawdzenia facebooka. Przez noc tak wiele się mogło stać. Miałam rację 🙂 19 powiadomień i dwie wiadomości od czytelników. Sprawdzam, odpisuję, lajkuje, udostępniam…

Zamykam laptopa i dopiero dociera do mnie, że to dziś. Od dziś miałam ćwiczyć! Pełna werwy dopisuję do listy punkt  7. Ćwiczenia.

„Przyszła pora na realizację zadań” myślę smutno i ubieram się na zakupy. Sprzątanie pozostawiam na koniec, wiem, że do niego potrzebuję najwięcej motywacji. Aż dziw, że moja mama taka porządna, obiadki gotuje, pięknie w domu wysprzątane, a ja…a ja żyję nowocześnie, na tzw. „kiedyś się zrobi”.

Zakupy nie zajmują dużo czasu, choć jako, że jest sobota, już od rana musze myśleć o najgorszym zdaniu, jakie wypowie mój mąż, gdy do niego zadzwonię: „Co na obiad?”. Nie to, żeby był żarłokiem, co to, to nie. On po prostu mnie zna. Lubi te moje spontaniczne decyzje, do których musiał się przyzwyczaić. W tygodniu wykręcam się od odpowiedzi pracą, a w weekend, no w weekend nie mam czym. 

Zakupy zrobione, pranie wstawione (gorzej będzie z powieszeniem, kiedy pralka zacznie piszczeć pi,pi,pi… i pomyśleć, że krzyczę do niej „zaraz”, a ta dalej piszczy, niewdzięczna). Nadeszła pora na pisanie. Trochę relaksu dla spracowanej kobiety 🙂

Sięgam po laptopa i otwieram dobrze znany mi plik. Doskonale wiem, w którym miejscu skończyłam i znam cel na dziś. Ma być 490 tysięcy (znaków oczywiście). Ambitny plan! Patrząc na to, że mam niespełna 460, łatwo wyliczyć, że muszę kliknąć w klawiaturę ponad 30 tysięcy razy (nie licząc mojego ulubionego przycisku Backspace).

Teraz jest czas tylko dla dziewczyn. Postanowiły zrobić sobie babski wypad, to nie będę im go broniła. „Niech jadą” myślę, nie zdając sobie sprawy, jakie mogą być z tego konsekwencje. Ledwo zaczęłam, a Jolka już ukazała swoją zgryźliwość i to nie wobec Zośki (o zgrozo, co tu się dzieję). Moje palce, jak automat uderzają w klawiaturę, próbując nadążyć za myślami. Piszę, piszę i piszę… pralka wyprała. Półtorej godziny zleciało szybciej niż myślałam. Rozwieszam pranie, wyzywając pod nosem wszystkich i wszystko…

Nadeszła pora obiadu. Nie dziw, że żadna z moich bohaterek nie jest mistrzem kuchni, bo niby za kim miałaby nim być? Moje wyuczone na pamięć przepisy, może starczyłyby na 7, góra do 10 dni gotowania, codziennie innych potraw (zaznaczając, że większość to makarony).

Przychodzi Wojtek…jemy szybki posiłek, bo ja musze zrealizować plan. Mówię mu, że muszę napisać jeszcze 15 tysięcy znaków, a on się śmieje (jak zawsze kiedy robię sobie licznikowe cele w pisaniu). Całując mnie w głowę, wskazuje na laptop, sobie włączając konsolę.

Ponownie wracam do dziewczyn. O dziwo się nie kłócą, lecz wiem, że to tylko chwilowe. Już tyle razy zmieniły moje plany, że chwała, że zakończenie już napisane. Nie pozwolę im znów mnie zrobić w konia 🙂 Wiedziałam, kłótnia wychodzi szybciej niż myślałam, a to tylko dlatego, że Baśka zrobiła się cwana… Ależ ja jej dałam złych cech 🙂 Stukam w klawisze, jak szalona, słysząc tylko słowa Wojtka, że Polacy jadą po medal. „Po medal?” zastanawiam się, przypominając sobie jednocześnie, że rozpoczęła się Olimpiada w Rio. „No cóż dziewczyny pora kończyć” mówię do laptopa, zdając sobie sprawę, że pisanie nie zając nie ucieknie, a medal olimpijski drugi raz się może nie zdobyć. Zanim wyłączę worda patrzę na licznik…493 tysiące. Zrealizowałam cel 🙂 A teraz czas dla Polaków.

50 km do mety. Kwiatkowski i Majka w czołówce. Aż miło patrzeć, tym bardziej, że Kwiatkowski pochodzi z Torunia. Siadam obok Wojtka przez TV i zaczynam kibicować (jak zawsze wydobywając z siebie dziwne dźwięki, kiedy naszym idzie gorzej). Jednak na polu walki został Majka. Już widzę złoto, przynoszę mężowi piwo, aby uczcić ten sukces. Witam się z gąską…a gąska daje na ostatnim kilometrze brąz i tak do mety. No cóż, widocznie tak musiało być. I tak jestem dumna 🙂

Plan dnia zrealizowany…no może prócz ćwiczeń, ale przecież zawsze jest jutro. Od jutra już na pewno zaczynam. „Ewa miej się na baczności, Falkowska nadchodzi!” myślę dumna z siebie, że wciąż mam chęć zacząć. Szkoda, że na chęciach się zazwyczaj kończy 🙂


Tutaj możecie przeczytać więcej o powieści Małgorzaty Falkowskiej:
Recenzja „Mąż potrzebny na już”


foto2

 

Małgorzata Falkowska (ur. 1989) – niepoprawna optymistka z wiecznym uśmiechem na twarzy; absolwentka Pedagogiki Specjalnej, wykładowca na kierunku terapia zajęciowa oraz oligofrenopedagogika. Pracuje w Środowiskowym Domu Samopomocy Fundacji im. Brata Alberta w Toruniu, pokazując innym, że praca z niepełnosprawnymi może być nie tylko źródłem zarobku, ale i pasją.

 

Mąż potrzebny na już

Zapraszam na FB Miłość do czytania (kliknij poniżej)
FB Miłość do czytania

Jedna uwaga do wpisu “„Dzień z życia… Małgorzaty Falkowskiej” #1

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s